Pages Navigation Menu

Retro News

Wiekowa dama zdradza swoje sekrety. Znana z burzliwej przeszłości H.G. oświadczyła, że nie ma nic do ukrycia. – Możecie opowiadać o mnie wszystko, co chcecie. Mówcie dobrze albo źle, ale nigdy nudno. Zgodnie z tym życzeniem odkrywamy przed naszymi czytelnikami nieznane  oblicze H.G. Poznajcie dobrze Historię Grodziska.

Grodziskie cmentarze

Posted by on Paź 30, 2017 in retro news | 0 comments

Grodziskie cmentarze

Zbliża się listopad. Czas, gdy stajemy się bardziej ludzcy. Brodząc „w żółtych płomieniach liści”, przypatrując się gasnącej z wolna przyrodzie, staramy się bowiem dosięgnąć myślą tego, co bywa nazywane metafizycznym rdzeniem człowieczej egzystencji. Dociera do nas – mocniej aniżeli w innych porach roku – prawda o nieuchronności przemijania, a zarazem budzi się przekonanie, które dzielimy z ludźmi wszystkich epok i religii, że życie człowieka nie wyczerpuje się, nie zamyka na zawsze w ramach doczesnego bytowania. To otwarcie na perspektywę nieskończoności, połączone nierozerwalnie z pouczeniem „memento mori”, dokonuje się jakże często na cmentarzach, pośród mogił, które odwiedzamy w poczuciu więzi łączącej nas ze zmarłymi. Nekropolie, miasta umarłych, pozostają od wieków przestrzenią wyobcowaną z naszej rzeczywistości, a jednocześnie miejscem, w którym najwyraźniej czujemy obecność tych, którzy poprzedzili nas w drodze poza horyzont doczesności. W Grodzisku znajdują się aż trzy cmentarze kryjące szczątki przedstawicieli wielu wyznań, dawnych mieszkańców naszego miasta. Na cmentarzu rzymskokatolickim, założonym w 1819 r., najczęściej odwiedzanym i najlepiej znanym, odnajdujemy groby uczestników walk o wolność ojczyzny, osób zasłużonych dla miasta i kraju, ofiar nieprzyjacielskiej agresji. Równie wartościowy pod względem zabytkowym jest zachowany w części cmentarz żydowski – datowany na drugą poł. XVIII wieku – na którym chowano potomków Dawida nie tylko z Grodziska i okolic, ale także z Warszawy, pokryty macewami – kamiennymi tablicami z inskrypcjami w języku hebrajskim. Najmniejszy, ale niemniej ważny trwa w milczeniu cmentarzyk ewangelicki, niesłusznie nazywany niemieckim – wszak leżą na nim grodziscy protestanci, wierni parafii ewangelicko-augsburskiej: przedsiębiorcy, lekarze, nauczyciele, których przywiązania do polskości nie należy kwestionować. Nie wypada w końcu zapominać o cmentarzu komunalnym, a także wiejskich cmentarzach przykościelnych oraz mogiłach rozsianych po terenie gminy, smutnej pamiątce wojen. „Umarłych wieczność dotąd trwa, dokąd pamięcią im się płaci”, pisała w wierszu Wisława Szymborska. W listopadzie, miesiącu pamięci, bądźmy szczodrzy. Pamiętajmy… (tekst jest rozszerzoną wersją artykułu, który ukazał się w listopadowym wydaniu Pisma Społeczno-Kulturalnego „Bogoria” z 2014 r.) Cmentarz parafialny (stary, założony w 1819 r.) Cmentarz parafialny, założony poza miastem w miejsce zlikwidowanego cmentarza przykościelnego, poświęcony został 27 września 1819 roku przez proboszcza parafii grodziskiej, ks. Klemensa Szaniawskiego. Cmentarz zlokalizowany „w polu”, między drogami prowadzącymi do Radoń i Putki, zajmował niewielki obszar, z którego już w roku powstania wydzielono miejsce dla innowierców. Otoczony parkanem z żerdzi wspartych na dębowych słupach, w 1866 r. został okopany i obsadzony drzewami i roślinnością, zaś ogrodzenie uzupełniono o bramę i furtę z żelaza. W 1897 r. nekropolia była powiększona i powtórnie ogrodzona. Po raz drugi teren cmentarny rozszerzony został w 1913 r. przez ks. Mikołaja Bojanka, jednak budowę płotu okalającego przyłączoną ziemię wstrzymał wybuch wojny. Ogrodzenie uległo zniszczeniu, a na cmentarzu wojska rosyjskie usytuowały punkt artyleryjski. W 1915 r. miasto zajęli Niemcy, którzy wytyczyli miejsce pochówku dla swoich poległych żołnierzy i oznaczyli je betonowymi słupami. Po odzyskaniu niepodległości wyodrębniona część znalazła się w granicach cmentarza. Dzieło przerwane przez wojnę dokończył ks. Bojanek w latach 1924-1925, nie tylko powiększając obszar cmentarza, ale również wznawiając budowę muru. W trudzie grodzenia cmentarza udział brali parafianie, o czym świadczyły przytwierdzone do kolejnych segmentów wznoszonej budowli tabliczki z informacją o ofiarodawcach. Fundusze przekazywali robotnicy grodziskich fabryk, bractwa religijne, koła młodzieżowe, cechy rzemieślnicze, ministranci, harcerze, okoliczne wsie, a także osoby prywatne i całe rodziny. Podjętej akcji społecznej towarzyszyło wydanie okolicznościowego znaczka. Dochód uzyskany z jego sprzedaży przeznaczono na realizację kosztownej inwestycji, którą chlubić mogły się jedynie...

read more

Spacerkiem na Walca

Posted by on Maj 30, 2017 in retro news | 0 comments

Spacerkiem na Walca

Nie ma już dziś w Grodzisku Maz. zbyt wielu miejsc, które zachowały swoją pierwotną nazwę. Zniknęły dzielnice: Romanówek, Jordanowice, Laski, Poświętne, niewielu już kojarzy kąpieliska na Kniazia, u Lipnera czy glinianki. Na szczęście wciąż istnieją Stawy Walczewskich, nazywane tak od nazwiska ich właścicieli. Na przełomie XIX i XX  w. Walczewscy nabyli  fragment majątku Jordanowice wraz ze stawem, który służył dawniej jako kąpielisko dla mieszkańców dworu i letników przybywających koleją. Pamiątką z tego okresu były usytuowane przy brzegu „łazienki” – drewniane pawilony służące damom za domki kąpielowe. Walczewscy jako właściciele gospodarstwa o cechach rekreacyjnych udostępniali staw mieszkańcom Grodziska, dbając o czystość wody i otoczenia, prowadząc hodowlę ryb i wypożyczalnię sprzętu wodnego. Gościom oferowano możliwość wypożyczenia łódki i wędek, wzięcia udziału w zabawie tanecznej „na dechach”, skorzystania z huśtawek i karuzeli lub odbycia spaceru na groblach w cieniu starych drzew. Kąpiel w stawach rybnych była wzbroniona. Rozrywki zastrzeżone dla młodzieży i dorosłych ze względu na bliskość głębokiej wody, ciężkich drewnianych huśtawek i betonowego upustu, w niewielkim stopniu angażowały dzieci, które pod opieką rodziców mogły brodzić w nurcie zasilającej staw rzeki – wąskiej i płytkiej w tym miejscu Rokicianki oraz bawić się na jej trawiastym brzegu. Zgodnie z przekazami ustnymi, w okresie I wojny światowej w pobliżu pierwotnego akwenu powstał drugi staw, wykopany przez jeńców rosyjskich wziętych do niewoli przez wojsko niemieckie i osadzonych w prowizorycznym obozie. Aż do czasów powojennych i śmierci ostatniego właściciela Andrzeja Walczewskiego (zm. 1948), działacza PPS i prezesa grodziskiej OSP, w okresie okupacji członka AK, stawy cieszyły się niesłabnącą popularnością wśród grodziszczan, przyciągając amatorów wędkowania, rejsów łodzią, pikników, gier sportowych, tańców i wypoczynku na łonie przyrody. Szczególnie w okresie letnim stawy tętniły życiem – dokonywano wówczas obrzędu święcenia łódek, inicjując sezon „żeglarski” i uruchamiano „dechy” szczególnie lubiane przez młodzież. Szerokim echem odbijały się w Grodzisku wypadki z udziałem niedoświadczonych użytkowników sprzętu wodnego. Do dziś wspominany jest na poły legendarny przypadek utonięcia kilku (w jednej z wersji 10) Żydów, którzy z powodu przeciążenia łódki wpadli do wody. Stawy Walczewskich w okresie międzywojennym wymieniane były w gronie największych atrakcji Grodziska, o czym świadczy fotografia reklamowa wykonana w 1912 r. na zlecenie Polskiej Księgarni. „Zimą na stawie dzieją się równie ciekawe rzeczy – pisze Krystyna Poraj w książce Grodzisk Mazowiecki jakim go pamiętam – na zamarzniętej tafli pojawiają się robotnicy ze spiczasto zaostrzonymi żelaznymi drągami. Kują nimi grubą lodową szybę, aż ją pokruszą na spore płyty. Z pomocą bosaka zakończonego hakiem ciągną następnie kawały lodu na brzeg, a później ładują na wóz lub sanie. Lód powędruje do specjalnych piwnic i składów, gdzie zabezpieczony przed topnieniem izolacją ze słomianej sieczki i mat przetrwa cały okres letni. (…) Tylko najodważniejsi próbują jeździć na łyżwach po stawie Walczewskich. Lód w miejscach, gdzie wyrąbano część tafli, bywa cienki i niepewny, a przy samym upuście, gdzie ruch wody trwa i zimą, jest porowaty i kruchy.” tekst Łukasz Nowacki, fot. ze zbiorów Willi Radogoszcz źródła: wywiad z Andrzejem Jakubowskim, Krystyna Poraj „Grodzisk Mazowiecki jakim go pamiętam 1925-1933” (Primum...

read more

Pamięci Tadeusza Łapińskiego

Posted by on Wrz 15, 2016 in retro news | 0 comments

Pamięci Tadeusza Łapińskiego

W środę 14 września dotarła do nas smutna wiadomość. W USA na na Florydzie w wieku 88 lat zmarł Tadeusz Łapiński, ostatni z wielkich wizjonerów sztuk plastycznych, wymieniany w jednym szeregu z Andym Warholem i Markiem Rothko, mistrz litografii, profesor Uniwersytetu Maryland, jeden z najwybitniejszych współczesnych grafików, wynalazca druku tęczowego, który zrewolucjonizował sztukę litografii barwnej. Był obywatelem świata, ale jego domem, do którego wracał, był Grodzisk. Mieliśmy ten przywilej, że przez wiele lat zachwycał nas swoją osobowością i twórczością, a jego prace można było podziwiać w Radogoszczy. Urodził się 20 czerwca 1928 r. w Rawie Mazowieckiej. Na cześć Kościuszki nadano mu imiona Tadeusz Andrzej Bonawentura Łapiński. W kręgu rodzinnym nie brakowało osób zdradzających zdolności plastyczne, jego dziadek był grafikiem i grawerem. Rysował i malował od dziecka, ale do zajęcia się sztuką przekonała go nauczycielka gimnazjum w Aninie. Studia malarskie pod kierunkiem prof. Artura Nachta-Samborskiego oraz graficzne pod kierunkiem prof. Józefa Pakulskiego i prof. Józefa Toma w warszawskiej ASP zwieńczył dyplomem w 1955 r. Wówczas zawitał do Grodziska jako wykładowca Ogniska Plastycznego. Talent i cechy charakteru predestynowały go jednak do kariery światowej. Opuścił Polskę w 1963 r. Po pobycie w Jugosławii, Francji i Brazylii osiadł w USA. Od 1972 r. pełnił funkcję wykładowcy na Uniwersytecie Maryland, gdzie wykładał malarstwo i grafikę. Stypendysta Fundacji Kościuszkowskiej (1978 r.). Był autorem oryginalnych rozwiązań w zakresie warsztatu litografii barwnej – ukoronowaniem jego poszukiwań twórczych był wynalazek druku tęczowego. Uprawiał grafikę warsztatową i malarstwo, eksplorując obszary podświadomości. W USA ożenił się z  plastyczką Marią Aust, prawnuczką malarza Józefa Chełmońskiego i dawną słuchaczką Ogniska Plastycznego. Jak sam wspominał, wielogodzinna praca przy warsztacie, na którym rodziły się jego dzieła, o mało Go nie uśmierciła. Toksyczne składniki farb przedostały się do krwi i dopiero transfuzja przyniosła ratunek zatrutemu organizmowi. Ta legendarna już historia może być kluczem do zrozumienia postaci Tadeusza Łapińskiego, który w zgodzie z amerykańskim modelem „self made mana” stworzył sam siebie poprzez sztukę. Sztuka zaś, którą uprawiał i która ofiarowała mu nowe życie, zabierając stare, dosłownie i w przenośni weszła mu w krew, stała się ekwiwalentem Jego osobowości. To nie przypadek, że najlepsze jego prace układają się w cykl pod tytułem „Nieskończona przestrzeń”, zdradzający fascynację kosmosem. Jako artysta organicznie połączony ze swoją sztuką Tadeusz  Łapiński nie mógł być inny. Cechowała Go nieskrępowana wyobraźnia, potrzeba ciągłego odkrywania, pęd ku nowości, brak ograniczeń w myśleniu. Być może to sprawiło, że nigdy zamknął się w roli klasyka, choć Jego obrazy goszczą w największych muzeach świata, nie chciał być poważnym akademikiem, choć posiadał niezaprzeczalne umiejętności dydaktyczne potwierdzone tytułem professor emeritus, nie stronił od nowych środków wyrazu, chociaż litografia była jego żywiołem i królestwem. Wciąż tworzył, także na szpitalnym łóżku, nie godząc się, aby jego twórczość miała wymiar skończony. Dzięki swojej pracy Tadeusz Łapiński stał się obywatelem świata. Równie swobodnie czuł się pod każdą szerokością geograficzną i w każdym towarzystwie. Potrafił oczarować każdego rozmówcę urodą wiecznie uśmiechniętego bon vivanta i wdziękiem niestrudzonego gawędziarza, odsłaniając z wprawą coraz to bardziej egzotyczne elementy własnej biografii. A miał co opowiadać. Jako dziecko we wrześniu 1939 r. spotkał w Aninie Adolfa Hitlera, kontrolującego efekty marszu niemieckiej armii, był przyjmowany przez głowy państw, papieży i cesarzy, znał wybitnych twórców, takich jak Andy Warhol czy Mark Rothko, łączyła do znajomość z Czesławem Miłoszem.  Jan Paweł II podczas wizyty w Chorwacji pobłogosławił jego dom na wyspie Krk. Mimo...

read more

Pierwszy wojenny wrzesień

Posted by on Wrz 1, 2016 in retro news | 0 comments

Pierwszy wojenny wrzesień

Był piątek 1 września 1939 r. Groza wojny wisiała nad Grodziskiem. Powszechna mobilizacja, pozaklejane paskami papieru okna, wykopane w ogrodach zygzakowate rowy, maski przeciwgazowe w rękach przechodniów zwiastowały najgorsze. Co prawda gazety tonowały nieco nastroje, głosząc rychłe zwycięstwo nad agresorem, a ludność miasteczka została zapoznana z zasadami ochrony przeciwlotniczej i przeciwgazowej i uspakajana widokiem stacjonujących w mieście żołnierzy, nikt jednak nie wyobrażał sobie tego, co miało nadejść. Rankiem powtarzano sobie już tylko jedno słowo: wojna! Dzieci, które przyszły tego dnia do szkół, zostały odesłane do domów. Młodzież harcerska sposobiła się do służby w punktach sanitarnych. Ktoś widział samoloty przelatujące nad ulicami miasta przed południem. Około godz. 17.00 na niebie pojawiły się sylwetki niemieckich maszyn z krzyżem wymalowanym na kadłubie i czarną swastyką na ogonie. Warkot silników zmieszał się ze świstem bomb, które najpierw, gdy odrywały się od metalicznie świecących brzuchów, przypominały małe punkciki, jak ziarnka grochu, rosnące tym bardziej, im szybciej zbliżały się do ziemi. Pierwsze detonacje pozbawiły już wszystkich nadziei na to, że wojna jakimś cudem ominie Grodzisk.Jak donosił w swoim raporcie burmistrz miasta, zrzucone między godz. 16.55 a 17.30 bomby z trzech niemieckich samolotów lecących na wysokości 200 m. spadły na rynek, zmiatając Pomnik Wolności, przy ogrodzeniu bóżnicy, na boisko szkolne przy ul. Żwirki i Wigury i na cmentarz parafialny oraz – wg relacji świadków – w pobliżu przejazdu kolejowego. Wskutek nalotu śmierć ponieśli: kolejarz Ildefons Białobłocki wraz z dziećmi (córka Urszula, 4 lata, syn Marian, 2 lata), Regina Olejnik (l. 25, zmarła z powodu odniesionych ran) oraz osoby o bliżej nieustalonych personaliach: Jankiel Janklewicz, Abram Grünbaum, Szejwa Wajnsztok, Jakub Rozenbaum, Wajngart (dziewczynka, lat 8), Wajngart (chłopiec, 12 lat), Cesia Gothart  i troje członków rodziny Śleszyńskich, a także dopisana na maszynopisie piórem p. Skoblewska. Raport wspominał, że 5 osób ciężko rannych zostało przewiezionych pociągiem do szpitala w Żyrardowie, a ok. 25 osób jest lżej rannych. „Siłą wybuchu zostały rozwalone 2 budynki mieszkalne drewniane na pl. Marszałka Piłsudskiego, przy ul. Żwirki i Wigury zarysował się mocno dom murowany Płachty oraz uszkodzony został pomnik na pl. Marszałka Piłsudskiego”. Donosił następnego dnia Kurier Warszawski: „Zabici i groby wołają: Hitler kłamca! W pierwszym dniu wojny niemiecko-polskiej Hitler deklarował, iż nie ma zamiaru gnębić bombami cywilnej ludności. Kłamstwo! Dziesiątki miast i miasteczek było celem dla burząco-zapalających bomb niemieckich. Np. w Grodzisku Maz. bomba rzucona z samolotu niemieckiego uszkodziła dom i ulicę. Nawet cmentarzom nie darowali piraci powietrzni Hitlera. Bomby niemieckie zakłóciły spokój zmarłych.” Kolejne naloty miały miejsce 3 i 5 września. 8 września oddziały niemieckie zajęły miasto. Rozpoczął się mroczny czas okupacji. ŁN...

read more