Pages Navigation Menu

Chełmoński bez patyny

Chełmoński bez patyny

Dobrze się stało, że Józef Chełmoński ma w Grodzisku pomnik przypominający, iż był mieszkańcem tych okolic. Niedobrze byłoby, gdyby miał na wieki pozostać postacią pomnikową. Na szczęście spektakl „Ja, Indjanin z Mazowsza”, którego huczna prapremiera odbyła się 6 kwietnia w sali widowiskowej Centrum Kultury, skutecznie ową „pomnikowość” unicestwia, ba! w fenomenalny sposób przybliża osobę malarza, odmalowując jego żywot w nader  żywych barwach, z wykorzystaniem całej (nomen omen) palety uczuć, wrażeń i nastrojów towarzyszących Chełmońskiemu.

Doprawdy trudno byłoby wyobrazić sobie lepsze „otwarcie” Roku Chełmońskiego, obchodzonego na terenie Powiatu Grodziskiego, niż przedstawienie wg pomysłu Macieja Kierzkowskiego, w reżyserii Leszka Zdunia. Ze względu na ustanowiony przez Sejm RP Rok Oskara Kolberga, wielkiego etnografa, badacza i dokumentalisty tradycji ludu polskiego, ideą wyjściową okazało się wyłonienie z ogromnego materiału etnograficznego pieśni pochodzących z okolic Grodziska i Jordanowic (dawny majątek podgrodziski, siedziba dziedzicznych właścicieli miasta) i potwórnie ich zaaranżowanie, czego dokonał Maciej Kierzkowski. Po wykonaniu pierwszego kroku, pozostało już tylko wplecenie w utwory ludowe ilustrujące cykl życia ludzkiego od młodości, przez miłosne uniesienia, rozłąkę spowodowaną służbą wojskową, po weselne gody,  korespondujących z nimi epizodów z bogatej biografii Józefa Chełmońskiego. Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania – dzięki wielomiesięcznym wysiłkom podjętym pod czujnym okiem aktora Leszka Zdunia przez grodziskie chóry Cantata i Bogoria, Młodzieżową Orkiestrę Dętą, Szkolne Koło Teatralne „Fantazja” ze Szkoły Podstawowej nr 4, akordeonistów z Państowej Szkoły Muzycznej I st. w Grodzisku Maz. oraz muzyków i wokalistów zaangażowanych przez Maćka Kierzkowskiego powstał wielowarstwowy, dynamiczny i nadzywczaj piękny spektakl opowiadający o życiu ciekawego, pełnego fantazji człowieka bez patosu, czytankowego banału i zbędnej emfazy.

  Niemożliwością wydaje się wskazanie jednej, głównej zalety przedstawienia: kapitalnie brzmi muzyka rozpisana na szereg ludowych i klasycznych instrumentów, na długo pozostająca w uszach, nieraz poruszająca, a często porywająca, nie do przecenienia jest siła i czystość chóralnego śpiewu dwu profesjonalnych zespołów dyrygowanych przez Marcina Łukasza Mazura (Bogoria) i Barbarę Paszkiewicz (Cantata), duże wrażenie robi wprowadzona na scenę w kluczowych momentach Młodzieżowa Orkiestra Dęta pod batutą kapelmistrza Ryszarda Klechy, punktująca mocnym marszowym brzmieniem istotne wydarzenia, osobna pochwała należy się młodym aktorom przygotowanym przez Joannę Citlak za ich niewymuszony wdzięk i naturalność oraz swobodę sceniczną, nie sposób wreszcie nie komplementować solistów wykonujących partie wokalne z iście operowym rozmachem. Imponujący jest w końcu sam kształt inscenizacji: wykorzystanie świateł i technik multimedialnych, ze szczególnym uwzględnieniem projekcji autorstwa Krzysztofa Owczarka, organizacja ruchu scenicznego, skala realizacji wyrażająca się w sięgającej 120 osób liczbie wykonawców, ilości przygotowanych, szytych na miarę lub wypożyczanych strojów ludowych, drobiazgowo wykonanej scenografii. Spoiwem, a zarazem motorem napędowym skrzącego się dowcipem, okraszonego anegdotą, doprawionego melancholią i wyposażonego w moralne przesłanie spektaklu jawi się wszelako kreacja Leszka Zdunia, który posiłkując się tekstami źródłowymi ukazał Chełmońskiego jako pełnokrwistego człowieka ze wszystkimi jego zaletami i wadami. Narysowana za pomocą kilku mocnych kresek postać kipi energią i entuzjazmem, nie stroniąc od sztubackich żartów, by za chwilę popaść w zadumę, bezmyślnie trwonić talent w pogoni za mamoną, a w końcu wydobyć się z marazmu i w zawadiackich podrygach zawładnąć sceną. – Z takim Chełmońskim chętnie bym się zakolegował – skomentował jeden z widzów i nie była to opinia odosobniona. Nie wiadomo, jak na owe sceniczne próby przybliżenia i zilustrowania swego żywotu patrzyłby sam bohater wieczoru, ale znając jego zamiłowanie do wszystkiego, co niesztampowe i ekscentryczne oraz zaiste legendarną odrazę żywioną wobec wszelkich przejawów sztuczności i fałszu, rzekłby z cicha, a właściwie wymruczał pod nosem: „Dalibóg, wielcem się uweselił oglądając to ekstraordynaryjne widowisko, ciekawym tylko, czy da się te czary na obrazku uwiecznić…” To powiedziawszy, zabrałby swój szkicownik, nałożyłby na głowę postrzępiony jak liść łopianu kapelusz, gwizdnął na ulubionego psa Kwiatka i zniknął na zawsze w mazowieckiej kniei – jak na prawdziwego „Indjanina” przystało.

W pracach nad powstaniem spektaklu uczestniczyli pracownicy willi Radogoszcz, współpracując przy wyborze tekstów oraz przygotowując kostiumy i dekoracje. Kostiumy uszyła Iwona Szymańska, stroje wypożyczyła Małgorzata Krasna – Korycińska, prasowała je z wielkiem oddaniem nasza pani Ela, czyli Elżbieta Lange, w budowie scenografii pomagała dzielnie Mariola Goździkowska. W realizacji spektaklu wzięła udział ekipa techniczna Ośrodka Kultury w Grodzisku Maz. Wszystkim, którzy zechcieli poświęcić swój czas i wnieśli wkład w powstanie przedstawienia, kłaniamy się nisko i z serca dziękujemy. Materiał zdjęciowy z prób i prapremiery spektaklu oglądać można na profilu FB.

Z treści zaproszenia przygotowanego przez Macieja Kierzkowskiego:

Do licha z cywilizacją! Jestem Indjaninem i nadsłuchuję w knieji! (…) Ucho do ziemi, bo dzieją się wielkie dziwy! Słuchajcie! Laboga słuchajcie!”

 

W setną rocznicę śmierci Józefa Chełmońskiego, zapraszamy na widowisko słowno muzyczne poświęcone temu wybitnemu artyście. Malarzowi polskiej wsi, malarzowi polskiej duszy, a przy tym człowiekowi obdarzonemu niezwykłą fantazją i poczuciem humoru. Różnie układały się koleje jego losu. Po latach wyrzeczeń i poświęcenia, zaznał prawdziwego sukcesu, mierzonego nie tylko ilością pochwał i nagród, ale i tysiącami franków. Dał się uwieść urokom bogactwa. Na szczęście nie trwało to długo. Przypomniał sobie, gdzie jego dom i „prawdziwe życie”. Po paryskich dniach chwały wrócił na Mazowsze. Kupił ziemię i niewielki dworek w Kuklówce, gdzie spędził ostatnie lata życia.

Był człowiekiem serdecznym, ale miał w sobie jakiś pierwiastek dzikości. „Jeśli ze zwykłym człowiekiem trzeba zjeść beczkę soli aby z nim żyć w przyjaźni, to z najdroższym Chełmusiem trzeba ich zjeść dziesięć.”

Zatem – zapraszamy na beczkę soli z Chełmońskim, który, jak na porządnego Indianina przystało, wytropi nasze spotkanie, a znając jego fantazję, przemówi do nas ze sceny. Może sypnie garść anegdot? Na pewno nie zabraknie bliskich jego sercu piosenek ludowych, a także wizualizacji inspirowanych jego obrazami.

Kolejna, tym razem plenerowa odsłona widowiska już 14 czerwca. Zapraszamy.